czwartek, 22 stycznia 2026

Zmierzyć się z mistrzem

 Thomas Mann, Der Tod in Venedig, 1911




Jak się czyta literaturę z początku XX wieku? Nie jest to dla mnie łatwe wyzwanie. Muszę przyznać sama przed sobą, że nie udało mi się przebrnąć przez prozę Manna w oryginale. Mam na swojej półce noblistów grubą książkę z jego opowiadaniami po niemiecku. Jest ona zabytkowa, stara, ma bardzo cienkie kartki i maleńki druk. Okazało się to dla mnie nie do przebycia. Poległam po kilku stronach i zrozumiałam, że nie lubię męczyć się czytając. Sięgnęłam po tłumaczenie Leopolda Staffa.

Język Manna jest wyszukany, kunsztowny. Operuje licznymi epitetami i rozległymi opisami zarówno świata zewnętrzengo jak i wewnętrznego. Czasami jest to zaleta a czasami bariera trudna do przejścia, szczególnie stylistyka sprzed 100 lat bywa wyzwaniem. Dałam sobie jednak czas na tę opowieść, znam przecież treść, oglądałam kiedyś film, chciałam po latach poznać tę historię jeszcze raz, przepuścić słowa przez siebie i zobaczyć, czy faktycznie jest to uniwersalne dzieło. 

Główny bohater pisarz Gustav Aschenbach wiedzie samotne życie. Wybiera się w swoją ostatnią podróż z Monachium do Wenecji. Kiedyś odbyłam dokładnie taką samą podróż. Cieszę się zawsze, gdy za sprawą prozy mogę znowu przenieść się w swoje ulubione miejsca. Zatrzymać się na chwilę na ulicach Monachium, po których jeżdżą dorożki i przespacerować się w wyobraźni po Englischegarten, razem z damami w pięknych sukniach. W każdym razie Aschenbach w Wenecji, niespodziewanie dla samego siebie zostaje oczarowany przez młodego chłopca z Polski - Tadzia. Wydaje mi się, że dziwi  go to tak  samo jak nas,  czytelników. Z zaciekawieniem można obserwować, jak na starszego pana odziałowują różne emocje, które wydają się dla niego zupełnie nowe, jak je odkrywa i  pozwala im sobą zawładnąć. Świat przeżyć wewnętrznych pozostaje uniwersalny. Zdarza się, że dzisiaj tak samo potrafi nas zaskoczyć.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz