środa, 13 stycznia 2016

Szalony Dali w swoim żywiole

Salvador Dali, Dziennik geniusza, 1964





„Każdego ranka po przebudzeniu wydaje mi się, że odczuwam coś na kształt boskiej rozkoszy, którą dzisiaj uświadamiam sobie w pełni po raz pierwszy: oto jestem Salvadorem Dali, i nachodzą mnie upojne myśli, czegoż to niezwykłego dokona znów dziś ten Salvador Dali. Z każdym dniem coraz trudniej przychodzi mi pojąć, jak ludzie mogą żyć, nie będąc Galą czy też Salvadorem Dali.” (s.122)



Żeby przebrnąć dziennik Salvadora Dali potrzeba mocnego drinka. Gdybym choć na chwilę odłożyła tę książkę (a niejednokrotnie miałam na to ochotę) nie wróciłabym już do niej. Wyczytywanie na każdej stronie jaki to genialny, wspaniały i wyjątkowy jest sam autor było czasami ponad moje siły. Teraz już wiem, jak wielką cenę płaci się za bycie nieprzeciętną postacią, jak szybko można wpaść w niebezpieczny samozachwyt i jestem gotowa dobrowolnie się tego wyrzec:)
„Żywię niezmienne przekonanie, że wszystko to, co ma związek z moją osobą i życiem, cechuje niespotykana wyrazistość i absolutna wyjątkowość.” (s.59

Dziennik geniusza to kontynuacja pierwszego pamiętnika Moje sekretne życie. Tym razem cudowny malarz, filozof, pisarz itp. opisuje siebie od 1952 do 1963 roku. Wgląd w te dziesięć lat z jego życia w zupełności mi wystarczy aby wyobrazić sobie całą resztę. Znając fakty z biografii artysty nie trudno było mi wbić się w czasy, kiedy osiągnął już wyżyny swojej popularności. Dali nie omieszka z nieskrywaną zarozumiałością przechwalać się swoimi sukcesami, opowiadając o dalszych genialnych według niego pomysłach. 
 Bardzo przypomina mi tym swoim przesadnym poczuciem własnej wartości i przeświadczeniem o swojej genialności naszego rodzimego Witkacego. Podobnie jak Dali kreował on swoją legendę, tworzył postać geniusza, kierował swoim sukcesem i manipulował otoczeniem. Obaj zdobyli nieśmiertelność i wpisali się w historię sztuki a Dali dożył nawet późnych lat starości. Mieli więc rację – są wielcy. Wcale nie chcę tego kwestionować, ale podobnie jak Witkacy opowiadał a nawet napisał książkę o narkotykach i swoich po nich przeżyciach tak Dali zmusza czytelników to zagłębiania się w tajniki swoich codziennych potrzeb fizjologicznych prowadząc długie dysputy o rodzajach kupy a nawet pisząc tekst w dziesięciu rozdziałach i licznych podrozdziałach skrupulatnie analizujący rodzaje pierdnięć. Zamieszcza go w dzienniku pt.: Sztuka pierdzenia czyli podręcznik posępnego Kononiera napisany przez hr. De La Trompette lekarza Konia z Brązy na użytek osób cierpiących na zaparcia. Nie podoba mi się. Nie znalazłam powodu aby przeczytać to do końca. Dali kpi sobie z nas tak samo jak wykpiwał sobie współczesnych.
Dali dedykuje swój dziennik żonie:
"Mojej muzie Gali Gradidivie Helenie Trojańskiej, św. Helenie, Gali Galatei Placidzie"
Emocje zapisane w dzienniku są bardzo skrajne bo albo kogoś wyśmiewa i poniża albo uwielbia ponad stan. Opisy cudownej Gali i miłości do niej zdumiewają. W samych alternatywach opowiada też o swoich mistrzach. Często odwołuje się do Freuda, Nietzschego, Rafaela, Vermeera, Bacha lub Leonarda da Vinci. Opowiada o swoich snach i budzących się pod ich wpływem inspiracjach, trochę poruszyły mnie historie o śmierci bliskich albo długi rozdział o filmach. Często opisuje również obrazy nad którymi aktualnie pracuje i szalone pomysły oraz wizje, które nie są niczym innym jak jednymi z pierwszych performersów.

„Taka wielka liczba typowo delijskich wydarzeń następujących w tak krótkim czasie utwierdza mnie w przekonaniu, że osiągnąłem apogeum geniuszu.”

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz