wtorek, 28 lipca 2015

Pechowy polsko-niemiecki Paszko

Szczepan Twardoch, Wieczny Grunwald, 2010

 
 
 
„I tak przez całe moje istne światowanie – uciekałęm od Polaków ku Niemcom, a od Niemców ku Polakom, a nikt mnie nie chciał, nigdzie nie byłem chciany. I w istnem światowaniu bolało to najbardziej, w istnem światowaniu nie bardzośmn rozumiał, kto jest Polak, a kto Niemiec, bardziej się liczyło, czy ktoś jest handlarz, czy sedlak wiejski, czy luźny człowiek, jak ja, czy pan, czy cham.” (s. 89)



Wieczny Grunwald to wydany przed pięcioma laty z okazji rocznicy Bitwy pod Grunwaldem debiut Szczepana Twardocha, który pozwolił poznać się szerszej publiczności dopiero po sukcesie drugiej książki autora. Debiutancka powieść jest jednak bardzo dobrym przedsmakiem tego, co w późniejszej twórczości rozwinął autor. Daje wgląd w nurty tematyczne, po których Twardoch swobodnie się porusza, jego stylizacje językowe, problematykę tożsamościową, no i przede wszystkim stosunki polsko-niemieckie.


Wieczny Grunwald wymaga jednak inteligentnego czytelnika. Nie każdy odnajdzie się w XV-wiecznym języku, w podróżach w czasie i przestrzeni. Chwila nieuwagi i bardzo łatwo można pogubić się między stronami książki, na których Paszko bohater-narrator swobodnie przemieszcza się w czasie; umiera nieumierając; na jednej stronie książki jeździ w starej bryczce a na drugiej współczesnym samochodem; zabija, gwałci albo się modli i płacze.
 
Główny bohater to bękart króla Kazimierza, osierocony w dzieciństwie przez matkę prostytutkę czyli językiem Twardocha „kuriwe macierzy syn, bestard królewski". Urodził się w czasach, kiedy dzieci wychowywały się na ulicy a matki zarabiały ciałem na chleb, od małego miał więc pecha, który zdaje się nie opuszczać go całe życie. Kiedy zostaje sierotą wyjeżdża z Polski do Niemiec i w konsekwencji gubi się w swojej tożsamości, balansując między Polską, do której powraca a Niemcami gdzie się wychował. Ostatecznie walczy w tytułowej bitwie pod flagą Zakonu Krzyżackiego.
 
Powieść ta przepełniona jest wywodami prosto z umysłu nieszczęśliwego Paszko. Nie da się go polubić ani nawet mu współczuć po tym jak bezrefleksyjnie wbija nóż w pierś młodego rówieśnika a następnie z zimną krwią niemalże go ćwiartuje. Twardoch tworząc negatywnego bohatera wnika w jego prymitywny sposób myślenia i proponuje analizę jego postępowania. Wydaje mi się, że raczej nigdy bym sama nie miała pretekstu do tego, aby choć przez chwilę zatrzymać się przy kimś o tak niskim poziomie intelektualnym, przypatrzeć się mu i spróbować zrozumieć. Zastanawiam się nawet co skłania Szczepana Twardocha do zajmowania się tak wypaczonymi umysłami. Czego w nich poszukuje? Jaką ironię losu i przewrotność świata chce nam pokazać? W każdym razie przygody Paszki i metaforyczny Grunwald uzmysławiają, że całe życie walczymy ze sobą samym a niemiecki kontekst całej tej historii czytany z perspektywy emigrantki, nabiera głębokich znaczeń i skłania do smutnej refleksji. Ile goryczy słychać w głosie głównego bohatera, który mówi:

„Nienawidzę Niemców, naprawdę nienawidzę Niemców. Nienawidzę wszystkiego, co niemieckie: nienawidzę romatische lieder, które nasz verbindungsoffizier Klose nieustannie puszcza z adapteru, bo takiego akompaniamentu trzeba mu do rozpaczy, i nienawidzę pruskiego stylu bycia, nienawidzę Goethego i Kanta, nienawidzę Hitlera, Allgemeine-SS, Waffen-SS, Luftwaffe, Heer i Kriegsmarine, nienawidzę nazistów, nienawidzę bawarskich krajobrazów i nienawidzę krzyżackich zamków w Prusach, po prostu nienawidzę Niemców. (…)
A więc patrzę na tego idiotę, który trzyma się kaemu, i na jego biało-czerwoną ermelsztrajfę na lewym rękawie, i myślę o tym, jak bardzo nienawidzę Polaków: nienawidzę Mickiewicza, który jest nawet gorszy od Goethego, bo nikogo poza Polakami nie obchodzi, nienawidzę Zamku Królewskiego w Warszawie, który chętnie wysadziłbym w powietrze razem z całą pierdoloną Warszawą, razem z Wawelem najlepiej, i nienawidzę polskich powstań, Słowackiego, piłsudczyków, endeków nienawidzę również i pepeesowców, ludowców, postępowców, polskich Żydów, poetów ze Skamandra i kosynierów, Chopina nienawidzę i wierzb płaczących, i tych przerażających, pleśnią chmur przykrytych równin, gdzie każdy konar kusi człowieka: do mnie przywiąż pętlę stryczka, utrzymam cię łagodnie i miękko.
Nienawidzę jednych o drugich za to, że wyrosłem między nimi, niczym chwast między pszenicą a żytem.”

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz