piątek, 20 maja 2016

Dygocząc

Jakub Małecki, Dygot, 2015





„Wyciąg mu wtedy flaki z brzucha i serce i posmaruj nimi pług, a będziesz miał plony takie, że wielkie, piękne, wielkie. Wpleć włosy w siatkę, a zająców nałapiesz, że całą zimę ino żarcie i brzucho pełne i żarcie takie, takie. Pijta z Irką jego krew, a będzieta zdrowe i nie umrzeta, nigdy nigdy nie umrzeta, nigdy!”



Przygoda z Dygotem bardzo mi się podobała. Już od pierwszej strony wyrywa z rzeczywistości i zagnieżdża się w wyobraźni. W pięciu częściach powieści Małecki opisuje wydarzenia od 1938 do 2004 roku. Narracja prowadzona jest chronologicznie ale i tak pozostawia przyjemne uczucie dezorientacji, gdy raz po raz skupia się na innej osobie i przedstawia pozornie niepowiązane ze sobą wydarzenia. Opowieść o trzech pokoleniach dwóch rodzin, na których losy miały wpływ wydarzenia historyczne, zaskakuje oryginalnością stylistyczną i unoszącą się ponad stronami atmosferą tajemniczości oraz magiczności, na co wpływ ma bez wątpienia wszechobecna metaforyka i symbolika folkloru.



Jakub Małecki przedstawia oddzielnie rodzinę Łabendowiczów i Geldów doprowadzając do połączenia ich losów. Fabuła nie wyodrębnia głównych bohaterów, chociaż największą uwagę z pewnością przykuwa dotknięty albinizmem Wiktor. Za sprawą wierzeń i zabobonów powojennego społeczeństwa książka jest miejscami mroczna i tajemnicza, zaskakująca, pełna różnego rodzaju uniwersalnych przeżyć egzystencjalnych. To powieść bardzo emocjonalna, poruszająca szereg ważnych kwestii z tolerancją dla odmienności na pierwszym miejscu. Autorowi udało się naświetlić problem tożsamości, bólu istnienia i trafnie scharakteryzować społeczeństwo – Polaków na przestrzeni siedemdziesięciu lat. Wielkim plusem z mojej strony jest fakt, że w książce tło historyczne nie przyćmiewa głównych wydarzeń a jest jedynie ich motorem napędowym. Pojawia się tutaj też to co lubię najbardziej –  wątki polsko-niemieckie.

Powieść zdecydowanie jednak dzieli się na dwie nierówne sobie części. Od początku opowieść o rodzinie Bronka i jego niezwykłym „białym” synu wciąga nie pozostawiając chwili na oddech. To właśnie Wiktora postawiłam sobie w centrum wydarzeń i uczyniłam głównym bohaterem, kiedy więc jego historia dobiega końca nie mogłam odnaleźć się w drugiej połowie książki. Główny punkt opowieści nagle się przesunął. Nie zostało to jednak odpowiednio zaakcentowane. Historią drugiego bohatera, zanurzoną w naszą współczesność nie potrafiłam się przejąć. Może to trochę wina zderzenia obok siebie dwóch światów - powojennego społeczeństwa ze współczesnym. W porównaniu zdecydowanie wygrywa ten pierwszy. Opis minionych lat bardziej mnie poruszył. Między strony powieści wkrada się magiczność a nawet poetyckość. Gdyby książka skończyła się po pierwszej połowie byłaby w całości wybitna. Część rozgrywająca się w XXI wieku trochę jednak obniża loty. Może to też za sprawą beznadziejnego charakteru drugiego bohatera, a może przez właśnie zmaterializowaną, ucywilizowaną rzeczywistość, która wymaga innego języka opisu. Nie trzyma się jej poetyckość ani uduchowienie.

Chciałabym ocalić od zapomnienia fenomenalny fragment drugiej połowy książki, kiedy Sebastian wkradł się do klasztoru i złorzeczy Bogu za chorobę mamy! Ten fragment utkwił mi głęboko w głowie. Fragment godny do konkurencji z mickiewiczowską Wielką Improwizacją. Współczesny język idealnie oddaje negatywne emocje! Moje ukłony dla autora!

A wiesz dlaczego ci tam naszczałem? Bo jesteś zwykłym zasranym szmaciarzem bez honoru. Nie wystarczy ci, że ją całą, kurwa poparzyłeś, jak była mała? Co? Nie wystarczy ci, chuju? Nie wystarczy ci, że jej męża zajebałeś? Nie wystarczy, że zachorowała? Co? Musisz jeszcze teraz ją tak męczyć? Gdzie ty masz jaja, ty frajerze pierdolony, za mnie byś się wziął lepiej, ja nic dobrego w życiu nie zrobiłem i nie zrobię, mówię otwarcie tu i teraz, zero szans, więc jak chcesz, to mnie jebnij teraz jakimś piorunem albo zawałem, albo sraczką chociaż, czymkolwiek. Ale nie. Ty nic nie zrobisz. Bo ty wolisz się znęcać nad chudą kobietą, która od dziecka ma przejebane po całości. Ty zakompleksiony psychopato, ty tchórzliwy frajerze, pierdol się, mam cię w dupie i pamiętaj, jak jej coś jeszcze zrobisz, to tu będę przychodził co niedzielę na mszę o dziewiątej trzydzieści, żeby na środku ściągnąć gacie i zapierdolić kupę taką, że się wszyscy bardzo zdziwią, co ja, kurwa, jem, że takie cuda potrafię z siebie wykasztanić. Zrozumiano? Dociera?”. (s.227)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz